Zadajecie sobie
czasem pytanie, co jest ze mną nie tak, aaaaa ratunku - nie jestem FIT!!!
Strasznie
denerwuje mnie ta nagonka. Wszyscy muszą być szczupli, wysportowani,
wszyscy chodzą na siłownię, liczą kalorie, nie rozstają się z aplikacjami typu – „wiem co jem .., żyję zdrowo i kolorowo”, szkoda tylko, ze 90% tych napaleńców nie czyta etykiet na
kupowanych produktach 😊
Z jednym się zgadzam, mięso wychodzi bokami, w przenośni i dosłownie. Powoduje uczucie ciężkości i przeżarcia, nawet kiedy zjemy go niewiele.
Może to wiek i zwolnienie przemiany materii, a może w końcu dorosłam do tej decyzji.
WIĘC cytując klasyka „nadejszła wiekopomna chwila” - właśnie postanowiłam - nie jem mięsa!!!
Nie rezygnuję, póki co, z jajek i ryb czy owoców morza, ale mięsa nie jem, co nie znaczy, że nie będę za nim nie tęsknię. Pomyślałam sobie, że w okresie dostępności dużej ilości warzyw i owoców, łatwiej będzie przygotować coś lekkostrawnego, niż zimą, kiedy to apetyt jest
większy, a i większe mamy zapotrzebowanie na kaloryczne posiłki, czyli mięso. A jak wiecie jest ono
zakorzenione w naszej tradycji i diecie bardzo głęboko i wiele osób chociaż myśli o jego porzuceniu,
boi się walki z samym sobą.
Jestem fanem
powiedzenia „co nagle to po diable”, więc przed podjęciem decyzji, poszperałam w necie, książkach i prasie – niestety kolorowej – i znalazłam kilka porad, jak w mądry sposób zmienić nawyki żywieniowe. Mądry, to znaczy taki, który nie będzie powodował wiecznego uczucia głodu – bo jak jestem głodna, każde postanowienie „bierze w łeb” i nie będzie to nudne. Jedzenie wiecznie tego samego,
zniechęca do zmian nawet
najbardziej zatwardziałych.
Tak więc zaczęłam od:
- - szczegółowej rewizji swojego jadłospisu, tak by zobaczyć, co tak naprawdę codziennie jem – masakra!!!
- przygotowałam się by zacząć wprowadzać do swojej diety zupełnie nowe składniki, które pomagają zastąpić mięso, a ponadto odkrywają zupełnie nowe smaki - i tu
ogromnie zaskoczenie, które pewnie każda z Was odkryje sama !!! Wyjaśnienie na końcu!
- zaczęłam komponować posiłki oparte o 4 grupy pokarmowe, dzięki którym moje dania są urozmaicone, a jednocześnie zabezpieczają przed wszelkimi niedoborami, szczegóły -
- zaczynam zastępować mięso większą ilością składników roślinnych - fasola, bób, groch, ciecierzyca, soja, nabiał, zboża, ale również orzechy, pestki słonecznika, migdały, ziarna sezamu, nasiona lnu, grzyby, jaja, tofu,
amarantus, czyli bezglutenowe zboże.
Natomiast ewentualny niedobór żelaza, którego większość osób się tak boi i wytyka go wegetarianom, uzupełnimy jedząc zieleninę (szpinak, sałatę, nać pietruszki, brokuły), płatki owsiane, rośliny strączkowe, kaszę, i otręby.
I voila! Mamy to :) Bez bólu i wyrzeczeń!
Na jedną rzecz trzeba jednak zwrócić uwagę, a może tylko ja tak trafiam, ale wegetarianizm nie jest tani. Nie wiem co
na to ludzie od lat niejedzący mięsa, ale jak nie chcesz jeść wiecznie pomidorów i brokułów, brokułów i marchwi, to po
pierwsze musisz pokombinować, a po drugie pobiegać po marketach.
A teraz najlepsze
końcowe wyjaśnienie– każdy z wymienionych powyżej, zdrowych produktów, znajdował z powodzeniem miejsce w mojej codziennej diecie od zawsze, ale i tak
zawsze dodawałam tam mięso. I po co?
Odezwę się jeszcze w tym temacie w
następnym miesiącu i opowiem jak mi idzie 😊.
Pozdrawiam!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz